sobota, 13 października 2012

Klepsydra.

Chciałabym zamknąć tego bloga na kłódkę, ale ciągle tu jest wielki ruch.
Jak na cmentarzu 1-go listopada.
A nic nowego się tu już nie pokaże, nic!
Poza tą dzisiejszą notką, rzecz jasna:)
Li.
PS. Jestem tu: niedyskrety.wordpress.com.

Poza zmianą adresu i trochę wyglądu nic się nie zmieniło. Wszystkie notki i komentarze zostały przeniesione.
Za jakiś czas usunę bloga z tego miejsca  nieodwołalnie.

poniedziałek, 1 października 2012

Zmiany mam we krwi.

W nocy podziały się cuda, Panie cuda.
Spałam, a w międzyczasie przeprowadzono mnie w nowe miejsce.
Mój kolega Krzyś jest niesamowity, udało mu się przenieść bloga na inną platformę i oto od dziś jestem tu:


Udało się przenieść wszystko, nawet każdy komentarz, a przecież wiadomo, że na tym blogu komentarze są lepsze niż notki:)

Kto wpadnie na poranną latte?
Li.

Poniżej przywróciłam wszystkie notki, które wywołały międzyblogowe trzęsienie ziemi, krwawą wojnę z pazurami w tle i wyrywaniem sobie zaondulowanych włosów,  wzajemne obrażanie, dyskusje, nowe teorie- ech, są najlepszym potwierdzeniem tezy, że nigdzie szybciej nie spadnie się na dno, niż w internecie. 
I że nic nie jest takie na jakie wygląda, zwłaszcza w necie. 
Czytajcie, szukajcie siebie, zastanówcie się, czy ta wojna,  to aby czasem nie o pietruszkę?
Mnie to już chce się z tego śmiać,  tylko śmiać.



niedziela, 30 września 2012

Kto jeszcze nie przeczytał?

Uwielbiam Yoursa  od lat, ale za tę książkę pokochałam go miłością do końca świata i o jeden dzień dłużej.
Musicie koniecznie ją przeczytać, koniecznie, to lektura obowiązkowa.
A kto już ją przeczytał? I co, i co? Napiszcie, proszę!
A na deser cytacik z książki:

„W internecie jest jak w „Państwie” Platona. Człowiek nie widzi prawdziwych rzeczy, ludzi, zjawisk, lecz złudzenia i cienie. U Platona ludzie siedzieli w jaskini i patrzyli na ścianę przed sobą. Za nimi palił się ogień. Między ogniem a nimi działa się rzeczywistość. Nie widzieli jej, bo byli do niej odwróceni plecami. Widzieli tylko cienie, które na ścianę rzucał płonący z tyłu ogień. Układali z nich swój złudny świat, nigdy nie poznając prawdziwego. Tak Platon przewidział istnienie świata wirtualnego, dziś w nim żyjemy jak jego ludzie w jaskini. Internet to współczesna jaskinia Platona. Tworzymy rzeczywistość ze swoich wyobrażeń. Budujemy światy, które nie powstają, wskrzeszamy ludzi, którzy nie istnieją. W świecie wirtualnym możemy być młodzi, piękni i bogaci. Nie mamy krzywych nóg ani cellulitu, próchnicy, kurzajek ani hemoroidów, zmarszczek, pryszczy na nosie, dziurawej skarpety, niewyprasowanej koszuli, nieświeżego oddechu. Nie wydzielamy brzydkich zapachów, lecz pięknie pachniemy. Możemy urosnąć o dziesięć centymetrów, schudnąć o dwadzieścia kilogramów. Możemy latać. A tam, po drugiej stronie klawiatury siedzą mieszkańcy jaskini Platona, którzy nam wierzą.”


Li.

Bardzo, bardzo długa grafomańska notka;-)

Przespałam 20 godzin.
Sponiewierana przez koszmarny ból głowy i ciśnienie odbierające mi jakąkolwiek chęć do życia (co oczywiście ściśle związane jest z notoryjnym  faktem, że ciągle wypieram z siebie obowiązek codziennego brania leków i biorę je w kratkę, ale koniec z tym, koniec!) przeleżałam wczoraj w łóżku,  ni to we śnie, ni to w czuwaniu-rzyganiu cały dzień. 
Ulgę przyniosła mi dopiero noc, bo zasnęłam bez pamięci i snów. 
Teraz jest ok, piję bezkofeinową (tfu!) kawę, leki już we mnie działają, ciśnienie prawie w normie, mogę zająć się odpoczywaniem w pigułce- bo straconych dni, nie odda mi nikt.
Szlag mnie trafia, że zawsze choruję w weekendy, gdy jestem rozluźniona i bez codziennej adrenaliny, ze mną to zawsze musi być coś nie tak, bo komu oprócz mnie nie służy dolce far niente?
Codzienny stres, obecne problemy, wiejący halny i  złe słowa plątające się po innych blogach na mój temat, to  toksyczna mieszanka, od wyziewów której padają nawet osty, a co dopiero ja.
Bo to nie jest tak, że dobre słowa zrównoważą złe- dobre otulają, łechtają, miło głaszczą, cieszą, nie zostawiają śladów na ciele i siedzą sobie ciepło w sercu, gotowe do wyfrunięcia dalej w świat, a złe wchodzą w najgłębsze pokłady wrażliwości, zapadają tak głęboko, że nie da się ich wydobyć, kłują, dokuczają, są jak powoli rozkładająca się trucizna, więc bolą, zwyczajnie bolą. 
Można zagłuszyć ten ból wytoczeniem bitwy, zebraniem sojuszników, wywaleniem jeszcze większych, zanurzonych w trutce słów, można stracić wszelkie hamulce, można dostarczyć uciechy gawiedzi, można podnieść sobie znacząco statystyki na blogu, bo nic tak nie przyciąga ludzi jak kolejna bitwa, można dowalać, kopać, wyśmiewać, upokarzać i ranić. Można? Można.
Nie zrobię tego jednak. 
Nie tylko dlatego, że prosiła mnie o to panistarsza-Kinga, kobieta, do której mam bardzo wiele szacunku i ogromnej sympatii. 
Nie zrobię tego, bo mam w sobie nadmiernie niestety rozwinięte poczucie sprawiedliwości i na podstawie subiektywnego, płytkiego przekonania, wywołanego przeczytanym zbiorem  słów nie feruję wyroków, choć dopuszczając do głosu najbardziej prymitywne instynkty mam ochotę zabić,
w  myśl zasady oko za oko, ząb za ząb. 
Wchodząc na wyższy poziom rozwoju wiem jednak, że same słowa to za mało, by na ich podstawie oskarżyć człowieka.
Bo trzeba ocenić, jaki cel miały słowa?
Jakie za nimi miały iść czyny?
Do czego miały zmobilizować?
Do czego porwać?
Jakie wzbudzić uczucia? 
W ludziach zanika podstawowa umiejętność- czytanie ze zrozumieniem.
Ślizgają się wzrokiem pod wierzchniej warstwie słów i wydaje im się, że złapali sens zdania.
A kuku! Tak jest może w komiksie z obrazkami.

Postanowiłam więc wybaczyć  tym, którzy mnie opluli.

Wynika to u nich jedynie z niezrozumienia, z pójścia za stadem, z chwilowej satysfakcji dokopania komuś, kogo się nie lubi- bo oczywiście kwestia lubienia czy nie lubienia została rozwiązana li i jedynie na podstawie słów napisanych na tym blogu.
Na tym kończę moją przydługą wypowiedź, dla niektórych zapewne grafomańską (tja.., bo o tym też była mowa, ale czyż nie wiadomo powszechnie, że moją idolką jest Mniszkówna?) skończyła mi się kawa, a coś czuję, że wzrasta poziom irytacji- dziś nie mogę do tego dopuścić!
In fine chciałam napisać tylko jedno- Ci, którzy mnie przeczytali ze zrozumieniem i wdrożyli moje słowa w czyn są cudowni, wspaniali, hojni, niezwykli, ciepli, empatyczni, wrażliwi,  kochani i to jest moim/naszym/Chustki  zwycięstwem! 
Li.

PS. Wprowadzam zakaz negatywnych komentarzy. I pyskówek. Będę kasować. 
Kochajmy się! :)



czwartek, 27 września 2012

Jestem na nielegalu:)

Zgodnie z obietnicą daną samej sobie zaczynam odpoczywać.
Odpoczywanie jest bardzo proste, robi się nic, trzyma się nogi na kanapie w pozycji swobodnej, pod ręką ma się zawsze coś dobrego do zjedzenia i kubek pełen herbaty z imbirem, miodem i cytryną.

Odpoczywa się najlepiej w ciepłym kręgu lampy, w warunkach korzystnych, gdy dom jest wysprzątany, lodówka pełna, pranie powieszone, prasowanie zrobione, zmywarka załadowana, żarówki wkręcone,  dzieci nakarmione domowym obiadem, kuweta kusząca koty świeżym żwirkiem i śpiący, wyczerpany spacerem pies.
....
Niczego z powyższych czynności nie wykonałam, odpoczywam więc nielegalnie.
Ale z łamaniem zasad jest mi dobrze, a posprzątam, załaduję, powieszę, wymienię i wszystko inne- jutro.
Dziś chcę tylko mieć święty spokój, cieszyć się wieczorem w domu, nie włączać komórki, słuchać deszczu, bębniącego w dach, śmiać się przy szkolnych opowieściach Młodszej i być. 
Mocno być. Najmocniej jak się da. 
Być, żyć, oddychać, nie czuć bólu, dziękować losowi.
O innych sprawach pomyślę jutro. Jak Scarlett (nota bene-uwielbiam ją).
Li.
A to kot, którego dostałam dwa dni temu- prosto z targu staroci z Norwegii.
Piękny!





Oświadczenie.

Wczoraj udała mi się zawodowo wielka rzecz, ale maksymalnie na niej skupiona oklapłam wieczorem jak balonik z odpustu.  
Uszło ze mnie powietrze, został gumowy, nietwarzowy  flaczek. 
I tak się czuję i dziś. 
To chroniczne zmęczenie zabiera mi chęć do życia, co trochę napompuję się pozytywnymi stronami życia, to albo mam wbitą szpilkę i bezradnie sssssyczę uciekającym powietrzem, mając w dodatku odgórnie dany zakaz reakcji (a nie ma to jak międzyblogowa pyskówka uroczo podnosząca adrenalinkę) albo ponoszę wysiłek życiowy tak wielki, że nie mam siły na samopompowanie. 
Dziś już czwartek- nic- nie -wartek, dzień  wypełniony szczelnie w kalendarzu zajęciami,  na które nie mam najmniejszej ochoty. Próbuję wejść na właściwe tory od szóstej rano, po dwóch latte życie jest trochę bardziej znośne.
Byle do piątku- dam sobie samej zakaz pracy i zajmę się przyjemnościami- tarasem, snem,  przytulaniem dzieci, głaskaniem kotów i psa. 
Wczoraj dostałam maila od Joasi, wzruszył mnie, zacytuję tu tylko ostatnie dwa zdania:

"Dziekuje bardzo za cala Twoja troske, jestes wielka.
Wracam spac.

Wysłano z BlackBerry® smartphone w Play"

W związku z tym po raz kolejny oświadczam,  że wszystkie wbijane we mnie
szpilki,
histeryczne reakcje,
oskarżenia z wypływające z kompletnej  niewiedzy,
i ostre słowa,  świadczące li i jedynie o niezrozumieniu istoty sprawy
-mam w dupie (jakkolwiek to brzmi). 

Miłego dnia Wam życzę, wyłączam możliwość komentowania, bo nie napisałam niczego wartego skomentowania.
Całusy!
Li.


wtorek, 25 września 2012

Przed północą w Krakowie.

Wyłączyłam telefon
i schowana w domowym kokonie
moszczę się na kanapie
z kubkiem pełnym ciepłej herbaty.
Mam przed sobą kilka godzin kojącego spokoju,
noc jest przecież najpiękniejszą porą dnia
i w dodatku zupełnie nie przeszkadza jej
zielona maseczka na mojej twarzy,
na widok której takie na przykład koty
omijają mnie szerokim łukiem. 
Trochę popracuję, popiszę
i ciepło o kimś pomyślę.
Li.


Notka kompletnie o niczym, a to o życiu właśnie.





Miało się zacząć babie lato, a jest jak zwykle. 
Deszcz masakruje umyte wczoraj okna, a koty snując się po kątach,  z tęsknotą patrzą na moknący taras.
Praca wre od rana-schowana za monitorem stukam w klawisze,  ingerując zawodowo w ludzkie problemy.
Dziś wtorek-potworek, to  śmieszne powiedzonko stygmatyzuje ten dzień tygodnia i nie dając mu szansy na lepszy wizerunek  mnie daje łatwe usprawiedliwienie byle jakiego nastroju i ogólnej niechęci.
Bo wtorek-potworek na pewno mnie nie zawiedzie i przyniesie ze sobą jakieś nowe problemy, czuję to podskórnie i na wszelki wypadek łykam podwójną dawkę magnezu.
(Byle do jutra-  jutro środa, co urody doda).
...
W listopadzie  we Wrocławiu będzie koncert Diany Krall.
Mam trzy  miejsca w aucie z Krakowa, może ktoś ma ochotę pojechać?
Dziś chcę kupić bilety!
Li.


poniedziałek, 24 września 2012

Kto chce, to zrobi.

Założyć sobie konto na Google to naprawdę żadna sztuka. 
Jeżeli udało się to mnie, to znaczy że uda się każdemu. 
W związku z powyższym, poczynając od tej chwili- przyjemność komentowania i obcowania z kimś tak niezwykłym jak ja (przy czym poziom niezwykłości mierzony jest ilością wirtualnych wrogów, co oznacza, iż jest naprawdę wysoki, niczym Mount Everest, albo tak denny  jak Rów Mariański), będą mieć li i jedynie zalogowani  na Googlach.
I nie mówcie się się nie da! 
Da!
A propos życzliwych inaczej, co na to Lec?
Nie otchłań nas dzieli, lecz różnica poziomów.

Mam nadzieję, że zabrzmiało to wyjątkowo zarozumiale.
;-)
Li.

...

Są dni, gdy całkiem spokojnie pijąc trzecią kawę, zastanawiam się po co mi to czy tamto, ten czy ta, to czy owo i nie znajduję na te pytania odpowiedzi. 
...
Poświęcam bardzo dużo czasu na odpisywanie na maile. 
Dumam sobie- po co niektórzy je piszą, skoro i tak z góry wiadomo, że nie pomogą. 
Po co zabieracie mi minuty z mojego życia? 
Po co sobie zabieracie minuty na napisanie maila?
Oszukujecie mnie, siebie  i los.
Ja Wam to  z trudem mogę wybaczyć, sobie bardzo łatwo wybaczycie, ale czy los Wam wybaczy?
Apeluję więc do resztek sumienia tłukących się w niektórych (powtarzam: niektórych) z Was- nie piszcie, nie zawracajcie mi głowy, nie udawajcie, nie epatujcie fałszywym współczuciem, nie przejawiajcie zatroskania, nie pytajcie ile już jest, albo pomagacie bezwarunkowo, bo chcecie, albo pomóżcie najpierw sobie odzyskać honor.
Ja mam instynkt słowa rozwinięty do granic jasnowidztwa, wiem - po prostu wiem. 
...
Jest poniedziałek, a już jestem bardzo zmęczona.
Zwyczajnie- starzeję się, kawa mi  nie pomaga, 
problemy osobiste mnie gnębią, 
ale właśnie przyszedł do mnie Bobcio, położył się przy laptopie i mrucząc patrzy na mnie oczami pełnymi kociej miłości... mmmmrrrrrrrrrr-będzie dobrze-mmmrrrrrrrrr- będzie dobrze-mmmrrrmmmmm.
Ech, będzie, będzie- nie może przecież być inaczej. 
Li.
UPDATE:
Po lekturze komentarzy muszę jeszcze raz zapewnić:
1. mnie żadne potwierdzenia prezentowe  nie są potrzebne.
2. zarzut robienia dużo szumu w wiadomej sprawie jest kompletnie poroniony z punktu widzenia celu.
Im więcej szumu, tym lepiej!
Siedzenie i cichutkie chlipanie nie odnosi zdaje się skutku.




niedziela, 23 września 2012

Pytanko mam?

Zastanawiam się (choć nie poświęcam temu zbyt wiele czasu),
ile jeszcze komentarzy będę musiała wywalić,
zanim
przestaną
pisać
do mnie
wszelkiej maści
rozliczacze, pytacze, pyskacze, pouczacze, dopytywacze, podejrzewacze,
ciekawacze, oceniacze, wyliczacze i pierdaczacze.
Czy nie szkoda  Wam życia na pisanie sążnistych komentarzy
Które ja
lekką ręką
(z lakierem w odcieniu niewinnie przelanej  tętniczej krwi)
wyrzucam
bo jestem
złaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa,
wrednaaaaaaaaaaaaaaaa,
i w dodatku prowincjonalnaaaaaaaaaaaa,
więc nic a nic nie znam się na dobrych manierach.
Li.

Zapowiada się piękna jesień.



Niedziela. 
Siedzę na tarasie z kubkiem zimnej kawy i  otulona pledem  szczękam zębami.
Zimno! Zimno mi!
Ale jak tu nie siedzieć, gdy wrzośce takie piękne? Za miesiąc zostaną puste donice i znowu będzie łatwe usprawiedliwienie jesiennej depresji.


Chcę dziś uporać się z dotychczas nie uporanym, zgrabiałymi palcami walę więc w laptopa i proszę każdego, kto nie dostał ode mnie odpowiedzi na maila o kontakt- chyba jednak moja skrzynka nie była taka gościnna i nie przyjęła w siebie wszystkich chętnych, jakkolwiek to brzmi.


Piszcie do mnie, piszcie! 
Dziś swój dzień poświęcam na prace hydrologiczne, trzeba pogłębić koryto strumienia prezentowego,
płynie zbyt wolno, zbyt płytko, zdecydowanie nieadekwatnie do sytuacji, a przecież wszyscy wiemy jak jest. 
(Poza tymi oczywiście, co nie wiedzą, ale i tak wiedzą. Lepiej.)
I dziękuję za prezenty, które spłynęły dotychczas.
Zimno, zimno mi, ale bardzo ciepło.
Li
mo67@poczta.fm

P.S Na maile o treści sensacyjno-ciekawskiej nie odpisuję. Bo tak.
I choć (ku chwale bloga) ilość wchodzących tu osób gwałtownie spadła, co oznacza wyłącznie to, że odszedł element aferyjno-plotkarski  i wysoce niepożądany, to i tak jest nas tyle, że powinna popłynąć prawdziwa Niagara! 


piątek, 21 września 2012

Są sprawki i SPRAWY.


I niech tak zostanie, nie mam siły na ten cyrk.

I na razie zajmuję się czymś bardziej pożytecznym, musimy działać dalej,
kto ma ochotę przyłączyć się do prezentu to zapraszam: mo67@poczta.fm
Tym bardziej, że to działa!


Zapowiada się fajny weekend.
Li.


Sama siebie wrzuciłam w gniazdo wściekłych os.

Rzeczy rzadko są takimi jak się wydają, a pobożne życzenia i nadmierny entuzjazm nie mogą wpłynąć na zapisany los. 
Co najwyżej mogą być ostrym krzykiem w miękkiej ciszy, zgrzytem noża na szkle, czy zwyczajnym nietaktem.
Bardzo zmęczona wstałam rano i sama nie wiem, co mam zrobić.
Gdy piszę- jest źle, gdy nie piszę- też jest źle. 
Gdy piszę enigmatycznie- dostaję sto maili z pytaniami, gdy piszę wprost- dostaję sto maili z powalającą ilością emotki :)))))))))))))))))))))))))))))))))))))), co świadczy tylko o głębokim niezrozumieniu  prostego komunikatu, że bardzo chora kobieta po kolejnym wspomagającym zabiegu poczuła się trochę lepiej, co nie oznacza, że wyzdrowieje.
A co na to Lec?
Czyżby to był zaiste cud? Ludzie czczeni jak bóstwa rzeczywiście zatracają z czasem ludzkie cechy.

Czy niektórzy z Was naprawdę nie są w stanie czytać między słowami? 
Czy naprawdę wydaje Wam się, że Joanna wyzdrowieje, będzie pisać notki na blogu i zapanuje ogólna szczęśliwość?
Czy myślicie, że ją obchodzi teraz życie blogowe?
Że czyta?
Że będzie czytać?
Nie jest wykluczonym, że poczuje się na tyle lepiej, że gdy za kilka dni wróci do domu, to coś napisze. 
Na złość losowi i by zagrać na nosie niektórym z Was, może na przykład Renacie z Berlina piszącej pod nickiem Amelka, a rozsyłającej po sieci maile o treści uderzającej w godność i cześć Joanny i Jej Rodziny, w których zarzuca Jej symulację choroby i chęć wyłudzenia pieniędzy (tak Amelko, napisało do mnie kilka osób przesyłając mi Twoje wypociny, rzygać mi się chce, najlepiej na Ciebie).
A co na to Lec?
Bezsilna wściekłość dokonuje cudów.

Aśka to niesłychana twardzielka, wyrywa siebie po kawałku do życia. 
Ale nie myślcie sobie, że robi to z uśmiechem na ustach, okupuje każdą godzinę ogromnym, niewyobrażalnym dla większości z Was  cierpieniem.
Miejcie więc ludzie rozum, użyjcie go i dajcie sobie święty spokój, skupiając się na swoim życiu. 
Naprawdę warto!
A co na to Lec?
Bądźcie samoukami, nie czekajcie aż was nauczy życie.

To by Wam powiedziała Aśka-warto żyć swoim życiem, nie cudzym.
A co na to Lec?
Mądrości powinno być pod dostatkiem, któż z niej bowiem korzysta. 
Li.


czwartek, 20 września 2012

Basta!

W domu wszystko jak trzeba- dzieci wykończone spóźnionym trzy godziny pociągiem (zepsuł się pod Jędrzejowem, no doprawdy...) śpią, legalnie w dodatku uwolnione od szkoły, bo nieprzytomne ze zmęczenia, zupa cebulowa pyrkocze, praca zrobiona, koty nakarmione, telefon wyciszony. 
I ta tłukąca się we mnie cudowna myśl- jak dobrze, że nie pojechałam z nimi, o rety!!!
Naprawdę nie zdążyłabym wrócić na ósmą rano do Krakowa.
Czas na porządki!
A sprzątać będę na blogu, na moim własnym blogu, moim miejscu, mojej myśloodsiewni i moim catharsis.
Zbrukane zostało ostatnio, straciło swoją intymność i zupełnie mi się to nie podoba.
Biorę do ręki miotłę i wymiatam, to chwilowo mogło być miejsce na spotkanie i na pogaduszki, ale został zbyt duży bałagan, niesmak i poczucie, że jednak nie każdemu z każdym jest po drodze.
Puściłam na żywioł, zdjęłam moderację, bo już nie miałam czasu  i bardzo tego żałuję. 
Drażni mnie to i przeszkadza, bo -wybaczcie-ale to nie moje klimaty, nie mój sposób przeżywania, werbalizowania uczuć i żalu, nie potrafię odnaleźć się na swoim własnym kawałku sieci, więc błąkam się po omacku, nie wiem już kogo tu wpuszczam, kogo nie, straciłam kontrolę na filiżankami z kawą, a już  na pewno nad poziomem i tym czymś, co dla mnie ma wielkie znaczenie, a mianowicie kulturą.
Nie będę się zastanawiać, czy moje słowa obrażają niektórych z Was, czy nie.
Sami sobie wystawiacie świadectwo i sami siebie wzajemnie oceniacie. 
Ja mówię basta!
Nie odpowiada mi klimat targu, poza Kleparzem, nie mam zamiaru więcej tracić czasu na moderowanie bloga przez telefon, bo jak nie moderuję, to pękają już zupełnie wszelkie hamulce.
Bez urazy, to tylko słowa jednego nicka, do innych nicków, a ten nick ma zwyczajnie dość. 
Od razu zastrzegam, że nie generalizuję, bo były takie słowa w komentarzach, które lały się miodem na moje skołatane serce i nadszarpniętą wrażliwość, zwłaszcza tę leksykalną.
I pochowali się moi starzy, ukochani czytelnicy, przerażeni panującym tu zgiełkiem, a na to nie mogę pozwolić.
Zapraszam  wszystkich, ale na moich warunkach.
Jak nie, to nie.
Li.