(Nie)usprawiedliwienie.

4 komentarze
Zwyczajnie brak mi czasu na pisanie, no bo skąd mam wziąć ten czas?
Kiedyś go miałam w nadmiarze, teraz gdy go mam to muszę kupować drzwi albo prowadzić rozmowy na temat pieca do gazu, a doprawdy trudno rozmawiać o czymś na czym się kompletnie nie znam, ale w tym nieznaniu się doszłam do wniosku, że kupuję piec kondensacyjny.
Sprawy budowlane pochłaniają mnie bez reszty, dwie leżące i kaszlące córki dopełniają dzieła absorbcji, praca i klienci też ciągle coś ode mnie chcą, a moje niegdyś magiczne wieczory z dobrym winem, lampą i laptopem bez żalu zamieniłam na kamienny sen do rana.
Brakuje mi oddechu, ale rekordzista podobno potrafi go wstrzymać na kilkanaście minut, dam radę i ja!
Z budowlanego bałaganu i chaosu zaczyna wyłaniać się piękny ład z gładziutkimi jak pupcia po peelingu ścianami, z orurowaniem godnym podziwu, z kuszącymi moje zmysły dekoratorskie kształtami... och, ze śpiewem na ustach idę sobie kilka razy dziennie na budowę i ciągle, ciągle nie mogę się nacieszyć i napatrzeć!
I dlatego mnie tu nie ma, ale wrócę!
No!
Li.

Nie mam czasu na pisanie, ale mogę chwilę pogadać...

20 komentarze
-Mami, ale jak będę mieć swój pokój to będziesz do mnie przychodzić i nie będę tam sama siedzieć?-takie oto pełne niepokoju pytanie zadała mi moja młodsza córka.
I staraj się tu matko o komfort mieszkania dla swoich dzieci!
Ciekawe czy będą spać u siebie i uda mi się nareszcie wyrzucić je z łóżka, o kotach i psie nie wspomnę...
Wczoraj był u nich z wizytą ojciec.
Dowiedziały się, że niepotrzebny jest im dodatkowy angielski, korepetycje z chemii i fizyki, niemiecki dla Młodszej, basen dwa razy w tygodniu i takie tam inne kompletnie niepotrzebne wydatki, bo z dalszej części wypowiedzi wynikało, że uzasadnionym wydatkiem na dzieci jest tylko chleb i woda.
I to wszystko mówi doktor habilitowany z szansą na szybką profesurę, ech..., tak szybko zapomniał o naszych rozwodowych ustaleniach, o swoich obietnicach, o priorytetach i o tym, że jest tatą.
Usprawiedliwia go szok, do niedawna z wielką pewnością siebie mówił dzieciom, że budowa na strychu to są tylko moje mrzonki.
A teraz pewnie tkwi w przekonaniu, że buduję za jego alimenty na dzieci.
Jakoś jest mi go szkoda, co tylko oznacza, że czasami bywam idiotką.
Nota bene nie przestają dziwić mnie porozwodowi ojcowie, którzy nagle tracą z pola widzenia dobro swoich dzieci, skupiając się wylącznie na materialnym wymiarze ojcostwa, dbając głównie o jego zmiejszenie.
W czerwcu zmienił się kodeks rodzinny na korzyść strony (bo przeciez może to być i matka i ojciec) wychowującej samotnie dzieci- teraz sąd przy orzekaniu alimentów może uznać, że jedna strona przez sam fakt codziennej staranności i wychowania dzieci je alimentuje, więc drugą można obciążyć kosztami utrzymania dzieci w całości! Drżyjcie niedopowiedzialni rodzice!
A Wy drogie baby, składajcie pozwy o podwyższenie alimentów, takie na maksa!
Zbierajcie rachunki, liczcie nawet koszty drugiego śniadania, soku do picia i biletów tramwajowych.
Li.

Hej ho, hej ho, po kredyt by się szło :-(

8 komentarze
Przychodzi klient do banku po kredyt hipoteczny i dyrektor banku mówi do niego tak:
nie masz Pan zdolności kredytowej, ale jeżeli zgadniesz Pan które oko mam szklane, dostaniesz Pan kredyt.
Klient patrzy w niebieskie oczy dyrektora i mówi: prawe.
- Skąd Pan wiesz? To prawda!
- Bo to oko patrzy bardziej po ludzku.
Hehe, moja ulubiona koleżanka aurora_vulgaris zadzwoniła dziś do mnie z tym kawałem, ale jako że czeka mnie konieczność wzięcia kredytu i wątpliwa przyjemność udowodniania bankowi, że mam zdolność kredytową, to pośmiałam się jakby półgębkiem...;-)
Budowa powoli wychodzi z kokonu, przepoczwarzając się w pięknego motyla.
Tynki są już skończone, centralne ogrzewania też, rodzi się woda i gaz, a po nich przyjdzie fala wylewki... ech, będę tęsknić! Od kilku miesięcy jestem zakochana po uszy w tym siermiężnym, pylącym, głośnym, absorbującym dziele stworzenia...
A kamienica jest już cała pomalowana i jak tylko granit obejmie cokół w mocnym i wiernym uścisku na lata, to pokażę zdjęcia.
Na szczęście dla nas, współwłaściciele poza jedną starszą parą i mną, nie mieszkają w kamienicy. Tym samym cedują decyzyjność, dając sporo wolnej ręki. A jako, że efektem kolorystycznym elewacji są zachwyceni, to mam nadzieję że na tej fali zachwytu pozwolą na szaleństwa remontowo-kolorystyczne klatki schodowej-na tych łukach, półcieniach i zakątkach.
Pomysł już mam! Klatka schodowa jest w stanie tragicznym, niemalowana od wojny, ze schodami wysokiego ryzyka..., ale z wielkimi aranżacyjnymi możliwościami!
Wszystko mnie cieszy, ale najbardziej chyba to, że moja Mama powiedziała mi, że jest ze mnie dumna. Po raz pierwszy w życiu.
W dodatku niczego nie krytykuje i wszystko jej się podoba!
Kurczę, taka jestem stara, a tak mnie cieszy uznanie własnej rodzicielki.
Nie przywykłam do niego, jako że z reguły robiłam za zakałę rodziny, rozwiedziona i takie tam inne, a tu proszę- własnym starym taką zrobiłam niespodziankę!
Li

Kolejny poniedziałek na drodze do wieczności.

4 komentarze
Budzik wrzeszczał mi do ucha od szóstej rano i choć ciemność za oknem działała wyjątkowo łóżkolubnie, nolens volens wstałam... i jestem w porannej nieszczęśliwości.
Straszne jest to życie dorosłego, trzeba wcześnie wstawać, pracować, stresować się i jeszcze być odpowiedzialnym.
Taka jestem zmęczona dorosłym życiem, przecież w sobie ciągle jestem młoda i niedojrzała, ciągle mam ochotę na szaleństwa, na taniec i flirty, ciągle chcę się uśmiechać i niczego nie traktować poważnie. A los cynicznie zmusza mnie do bycia dorosłą, gdy ja dorosnąć nie chcę, do zarabiania pieniędzy, gdy ja nie chcę pracować, do wychowywania dzieci, gdy ja sama nie czuję się wychowana, do podejmowania codziennej walki o byt, gdy ja- taka pokojowo nastawiona, chcę być tylko beztroska.
Dorosłość jest kpiną z młodzieńczych marzeń, obozem przetrwania, to taki survival dla romantycznych panienek, dla marzycielek, dla mieszkanek obłoków bujających, dla mnie.
Za chwilę, mgnienie oka, nie będę już dorosła, tylko stara.
Będę staruszką, to myśl, która mnie naprawdę przeraża.
Będę staruszką- ja!
Co za absurdalnie prawdziwa perspektywa.
Wysoka nagroda za antidotum na poniedziałkowe zniechęcenie!
Li.

Czasem warto zacząć od końca.

8 komentarze
Zobaczyłam je wczoraj i oszalałam.
Były dokładnie takie, jakie je widziałam w mojej wyobraźni- delikatnie lśniące, z grubego mięsistego materiału w kolorze bakłażana z nutą fioletu, miękkie, wygodne, przytulne, duże i z miejscem na poduszki z Almi Decor, w które można się wtulać (i wciąż i wciąż układać...).
Los podziałał nęcąco ceną- z siedmiu tysięcy przecenione na cztery z kawałkiem wydały mi się okazją nie do zmarnowania! Och, dawno niczego tak nie pożądałam!
Kupiłam, ale jeszcze nie odebrałam, bo mam teraz problem nie lada- gdzie je u licha przechowam? Trzyosobowa kanapa, dwuosobowa sofa i ogromny fotel.
Idealne do mojego salonu, którego jeszcze nie mam, może zapakowane postawię je na budowie, niech się integrują ze ścianami, niech się udomowiają, bo nie ma to jak domowa, wysiedziana, przytulna kanapa z wielką ilością poduszek...
I ten nieszablonowy kolor-marzenie! Będą z nim pięknie współżyć gorzkie brązy, czerwone wino i łososiowe szkło.
Kocham w sobie ten brak praktycyzmu, pozwala mi na szaleństwo zakupów, a co z nimi ostatecznie zrobię, pomyślę jutro!
Dziś cieszę się niedzielą, zaraz przychodzą do mnie goście na obiad, powymyślałam pyszne przystawki i piję sobie czerwone wino.
;-)
Li.

Skąd wzięła się Mohira?

9 komentarze
Ostatnie urodziny zaowocowały dla mnie nową rodzinną ksywką- Mohira.
Moje córki rzadko nazywają mnie "Mamusią".
Z reguły jestem Mimi, Mami, Mamut, Mamutek ewentualnie w chwilach największej czułości Mimiś, a teraz ta Mohira!
A było to tak:
młodsza córka na urodziny postanowiła sprawić mi przepiękny naszyjnik, złożony z nanizanych na nitkę srebrnych liter tworzących imię "Monika".
Na jej nieszczęście w sklepiku z tą "uroczą" biżuterią brakowało literek "n" i "k". Dziecko w panice, bo hm... kupowało się prezent dla matki w ostatniej chwili, wymyśliło że zamiast n moze być h, a zamiast k może być r i tak nagle narodziła się Mohira, które to imię jakoś natrętnie kojarzy mi się z moherem, ale mam nadzieję, że to czysty przypadek.
Za każdym razem jednak, gdy słyszę od nich tę Mohirę, to pękam ze śmiechu:)
Li.

Jestem między, a między.

2 komentarze
Kolejna szaro-ciemno-mokra jesień usiłuje ryć w duszy korytarze smutku, siać przygnębienie
i depresyjnie przyduszać do ziemi.
Zaplotłam sobie warkoczyka, związałam go różową gumką recepturką i uzbrojona w atrybut małej dziewczynki nie poddaję się dorosłym lękom.
Moje życie tej jesieni zwariowało i z szybkością światła podrzuca mi kolejne zadania do realizacji, nie dając w zamian czasu, bo doba ciągle ma tylko dwadzieścia cztery godziny.
Będzie tak przez kilka najbliższych miesięcy, a potem położę się na kanapie na tarasie pod gwiazdami, z butelką wina, świecami i przyjaciółmi i znowu oddam się uciechom robienia nic
i życiowym przyjemnościom.
Zarezerwowałam wczoraj serię masaży, potrzebuję siły i aury mojego masażysty Mongoła, nie byłam u niego od dziesięciu miesięcy, grzeszę okrutnie niepamięcią o ważności siebie, łamiąc daną kiedyś obietnicę nigdy-o-sobie-nie-zapominania.
W celu grzechów odpuszczenia zadaję samej sobie okrutnie cudowną pokutę i w sobotę idę na seans do kosmetyczki, położę się przed nią na trzy długie godziny relaksu, mhmmmm.... uwielbiam dotyk... mhm.... jak nic innego...
A gdy już będę wolna od grzechów i nastanie w okolicy mojej duszy i ciała upragniony spokój, znowu będę mieć czas, by pisać z radością i bez myśli przewodniej.
Życie poszatkowane na etapy ciągle stawia mnie przed nowymi wyzwaniami, teraz jestem na etapie braku czasu na bloga i dla siebie, ale za to będę mieć ogromną nagrodę już niedługo, gdy wejdę z bezdomności w nowy etap -w cudowną, wspaniałą, pachnącą nowością, z szerokimi możliwościami upiększania, z pięknym widokiem na dalsze życie-domność!
Bardzo cieszę się, że pada deszcz, bo trzeba przetestować nowy dach!
A co na to Lec?
Czasem trzeba okres między przeszłością a przyszłością przeżywać w jakimś zastępczym czasie gramatycznym
Ech...:)
Li.

Samoużalanie się z nutką ekscytacji bliskim końcem.

6 komentarze
Zajętość zjada moje życie towarzyskie i uczuciowe, dając mi tylko oddech na sprawy niezbędne. Rety, jaka ta budowa jest absorbująca!
Ciągle teraz czegoś szukam, porównuję, zadaję pytania- czasem głupie są to pytania, ale co zrobić, gdy często nie za dokładnie wiem o co pytam...
Nie mam czasu dla siebie, a gdy go mam to zasypiam snem kamiennym i bezsennym i nie śnię, by we śnie nie musieć być aktywną, łaknę spokoju i lenistwa, takiego lenistwa gdy robię nic i jestem szczęśliwa.
Ilość spraw wiodących żywot w moim kalendarzu już dawno przekroczyła moje mizerne zdolności organizacyjne, bezładnie tłoczą się więc przy wyjściu do załatwienia, tratując się wzajemnie, a mnie od ich wrzasków boli głowa.
Czasem sobie myślę, że jednak przydałby mi się taki na przykład mąż, służący pomocą, ramieniem i porfelem.
Ale potem zaraz sobie przypominam, że przecież miałam już męża w charakterze trzeciego dziecka i od razu czuję ulgę, że choć to jedno mam z głowy, dwie absorbujące córki wystarczą.
Rany boskie, malarstwo włoskie- miks dwóch hydraulików, tynkarzy, plączącego się pomiędzy nimi elektryka hazardzisty, który-ciągle-nie-skończył, Wykonawcy-który- jest- wykończony, męczącego sąsiada z wiecznymi pretensjami, smutnej walki z kolejnymi donosami, szukania domu dla pięknego, porzuconego kota (dziś znalazłam!), przenosin firmy w nowe miejsce, ledwo widocznych plam na elewacji- ALE JA JE WIDZĘ- to zestaw, który wykończyłby największego twardziela!
A ja jestem przecież taka mięciutka!
Li.

Samożyczenia!

33 komentarze
Różne stany umysłu i tak nie usuną z mojego pola widzenia upływu czasu, konsekwentnie raz
w roku, w tym właśnie dniu zmieniającego cyferki mojego wieku.
No dobra, mam od dziś konfigurację 42, ale urodzona w nocy z 3-go na 4-go listopada 1967 roku wcale nie czuję się starsza niż rok temu, ba!- niż dziesięć lat temu, czuję się tylko trochę mądrzejsza.
Od życiowej mądrości jednak nie robią się zmarszczki, więc niech mi jej przybywa jak najwięcej,
a to czego sobie dziś życzę wypowiem w sobie cicho, acz dobitnie, zdradzając, że są to życzenia bujne, bogate i szalone!
Niech los bierze się do roboty, tak bardzo jestem spragniona szczęścia!
Otworzyłam na chybił-trafił Leca i co na to Lec?
Nie żądać od życia niemożliwego? Dlaczego?
Możliwości jego są przecież ograniczone.
Życząc więc sobie niemożliwości pozdrawiam Was ciepło i z uśmiechem w dniu moich czterdziestych drugich urodzin!
Li.

Żal musi się wyżalić.

2 komentarze
Ilość zapisanych w moim kalendarzu czynności, koniecznych do wykonania dzisiejszego dnia wyrzuciła mnie z ciepłego łóżka o szóstej rano. Ale jakoś brak mi zapału do natychmiastowego działania, wolę całkiem spokojnie i w towarzystwie zaspanych kotów wypić drugą kawę i nacieszyć się chwilowym spokojem.
Smutna była ta ostatnia niedziela, zdjęcie ślicznej, uśmiechniętej I., zrobione na godzinę przed ślubem, a teraz wkomponowane w czarny granit nagrobka oddawało strzał emocji prosto w serce.
Absurdalna z punktu widzenia zmarłych, a jednak taka niezbędna dla żywych jest chęć przystrojenia grobu jak najpiękniejszymi kwiatami i jak najdłużej palącymi się zniczami, tak jakby piękno płynące z chryzantemowych wariacji miało pomóc złagodzić smutek i żal.
A co na to Lec?
Świat jest piękny! I to jest właśnie takie smutne.
Mimo wszystko- miłego dla Was! Dziś wtorek-potworek, ostrożność wskazana!
Li.

Narodziny gwiazdy :)

29 komentarze
Do niedawna patrzyłam na nią oczami wyobraźni, a piękno jest przecież w oczach patrzącego. Tworzyłam w głowie jej nowy wygląd i znosiłam wątpliwości licznych niedowiarków, pukających się w głowę i kpiących sobie z moich marzeń.
A ja zawsze wierzyłam, że TO mi się uda.
Nie można w życiu iść za długo pod górę, nie można ciągle targać ciężkiej walizki pełnej porażek.
Jestem trochę zmęczona, ale staram się wierzyć, że wszystko co mnie spotyka-złe, smutne i rozczarowujące ma jakiś sens.
Ciągle mam w głowie Leca i gdy dochodzę do ściany, gdy wydaje mi się, że już nie mam żadnej możliwości ruchu, odwracam się i znowu idę do przodu.
Tyle emocji, teraz czas na konkrety!
Na pewno ten widok kamienicy poniżej przeszedł już do historii ulicy.
Żegnam się z nią bez cienia żalu- nie do zobaczenia paskudo!
Tu dziś rano jeszcze ubrana w rusztowania...


Do pomalowania zostały jaskółki i dół kamienicy.
To jednak można zrobić już bez rusztowań, bo opłaty za zajęcie chodnika na rusztowania są zdecydowanie za wysokie.
Tu jest już prawie doskonała, jeszcze tylko trochę makijażu i będzie prawdziwą uliczną gwiazdą.


Trzecie i czwarte piętro , powyżej linii gzymsu to nasza nadbudowa, moja i L.
Konserwator zalecił nam pozostawienie linii malutkich okienek strychowych, a niech sobie będą.
Są świadectwem ogromu pracy.
Kobiety potrafią!
No!
:))))))))))))))
Li.

Zaniedbany ostatnio dziennik budowy.

5 komentarze
Jutro będzie wielki dzień, gdy brzydka żaba codziennie od maja całowana przez dwie królewny zrzuci do końca żabią skórę i objawi światu swoją urodę. Już dziś widać jaka jest śliczna!
Do listy ulubionych zajęć ostatnio dorzuciłam stanie na chodniku po drugiej stronie ulicy naprżeciwko kamienicy i podziwianie nadbudowy i elewacji.
Sprawia mi to nieustanną przyjemność. Wybrany przeze mnie i L. kolor, będący jakby nie było samowolą budowlaną wyszedł tak pięknie i stylowo, że konserwator zabytków musi paść z zachwytu i wydać stosowną decyzję o zatwierdzeniu naszych samowolnych poczynań.
A jak nie, to uzbrojone w estetyczne działa wytoczymy wojnę i wtedy zobaczy się kto tu jest wrażliwy na piękno, walkę mam przecież w skorpionowskiej krwi, a w walce o słuszną sprawę rosną mi husarskie skrzydła.
Prace budowlane nie mają już tego początkowego rozmachu, gdy widać było jak mury pną się do góry.
Ale cieszą dalej- oczywiście jest piękny dach, są śliczne okna, jeszcze tylko odrobina elektryka, sporo hydraulika, gazownika, tynki i wylewki i na koniec listopada najważniejszy etap będę mieć już za sobą, pozostaną mi tylko same przyjemności wykończenia,
powiązane niewątpliwie z wykończeniem się (a propos, umywalki do łazienek będą tylko stąd: http://www.kolorymeksyku.pl/, a najbardziej podobają mi się miedziane i ta niklowana na samym końcu, piękna! )
Nie będę się spieszyć, podobno wszystko ma schnąć, ulatniać mają się opary, nie wprowadzę się na Wigilię, to wprowadzę się na Wielkanoc, najważniejsze że zbudowałam sobie sobie i dzieciom dom, o psie i kotach nie wspomnę.
A jutro po ściągnięciu rusztowań zrobię zdjęcia i Wam je pokażę, bo będą najlepszym świadectwem, że warto, warto marzyć!
Warto i trzeba!
Kocham moje marzenia, pieszczę je codziennie, tulę do piersi, myślę o nich, daję im szansę na życie i one mi się odwdzięczają!
Li.

Trochę prywaty na specjalne życzenie dla jajożercy :)

4 komentarze
Są takie chwile w życiu kobiety, gdy odczuwa przemożną i nie do odparcia ochotę na jaja, przy czym zuchwałe myśli kobiety krążące wokół jaj rozmaitego autoramentu i pochodzenia,
z konieczności wymuszonej okresowym brakiem tych jaj najbardziej pożądanych, koncentrują się niestety na jajach najłatwiej dostępnych, popularnych i twardych ab ovo, nomen omen.
Gotuję jaja kurze do stanu erekcyjnej twardości, w ilości wyznaczonej liczbą chętnych na kolację, z reguły biorę po pięć na głowę.
W tej operacji niezwykle ważnym jest stopień twardości jaj, muszą one osiągnąć jej wyżyny, ale bez przekroczenia cienkiej czerwonej linii przegotowania.
Gorące jaja studzę w zimnej wodzie, taką operację odważam się czynić tylko jajom kurzym, inne- te wrażliwsze, studzę bardziej pokojowymi metodami.
Wystudzone i bezbronne jajka poddaję operacji dzielenia ich na pół, jednym celnym ruchem bardzo ostrego noża wbijam się w ich skorupki, tnę je na dwie połówki wzdłuż, sadystycznie wydłubuję im środki, tak by powstały skorupkowe łódeczki do nadziewania.
Skorupki chwilowo porzucam, bo oto mam przed sobą bezładny stos jajecznych połówek, takie biało-żółte świadectwo marności nad marnościami, bo przecież wystarczyło 20 minut, by płynne jajko mądrzejsze od kury, ugotowało się na twardo, bezpowrotnie tracąc szansę na życie w zepsuciu.
Nagie, wyeksmitowane ze skorupek jaja drobno siekam, a najlepiej to miksuję na gładką masę. Dzielę ją na kilka części, w zależności od tego, jakie dam im second life.
Bo są jaja, które uwielbiają pieprzenie, bez tego nie mogą żyć- daję im więc to czego pragną, hojnie sypię czarnym pieprzem, solę i wrzucam w nie drobno posiekany szczypiorek, wymieszany z musztardą, jej ilość dozuję w zależności od upodobań.
Inne jaja lubią być traktowane bardzo ostro, na granicy wytrzymałości, to prawdziwe jaja sado-maso, w ustach aż pieką, a to od sporej ilości ostrej papryki z drobno posiekaną zieloną pietruszką, dla perwersji dodaję do nich trochę śmietany, robi się już trójkąt, a to rodzi różne możliwości.
Dla wielbicieli łagodnych smaków robię jaja z pieczarkami, startymi na drobnej tarce, tam mogę wrzucić drobno posiekaną cebulę, korniszony, czosnek, wszystko co mi podpowie nieograniczona fantazja.
Wypełniam skorupkowe łódeczki trzema rodzajami jajecznego farszu, wypełniam z uwagą, wypełnieniu zawsze należy poświęcać uwagę, bo wypełnienie to clou każdego programu z jajami.
Wysypuję na talerz tartą bułkę, przytulam do niej skorupkowe łódeczki dupcią do góry,
a farszem na dół, wciskam mocno, by drobiny bułki odcisnęły na jajach swój ślad, niech będą naznaczone po wieki, a już conajmniej do momentu konsumpcji.
Wrzucam zabułkowanym farszem na gorącą patelnię z oliwą, wymieszaną pół na pół z masłem, pozwalam im teraz na namiętne uniesienia, na rozgrzanie się, na zrumienienie z pożądania, na chrupiącą skórkę i na ostateczne wyciągnięcie bez możliwości powrotu.
Ułożone na talerzach- mimo wszystko kuszą, bo jaja w każdej postaci potrafią roztaczać swój urok i czar.
Dobrze komponują się z nimi sałaty i mizeria.
Jaja z łakomą uciechą wydłubuje się widelczykiem, prawie jak ślimaki w kokilkach, choć prawie robi tu wielką różnicę.
Smacznego!
Li

Czasem trzeba zamilknąć, żeby zostać wysłuchanym (Lec)

8 komentarze
Sen jak wierny rycerz chronił mnie przed problemami, wykorzystywałam go nadmiernie, nie płacąc za nadgodziny. Otulona bezpieczeństwem kołdry, na dziesięć długich godzin wyłączałam się z obecności na zajęciach obowiązkowych z życia codziennego.
Dziś wyeksploatowany i zmęczony porzucił pracę, zmuszając mnie do porannej aktywności już od piątej rano.
Siedzę więc sobie na kanapie z widokiem na zdjęcie Ilonki, całkiem spokojnie wypijam z nią drugą kawę, uśmiechamy się do siebie, a zaokienna ciemność włazi bez pukania i miasto budzi się tramwajami ze snu.
Ostatni tydzień naznaczony jest wielkimi zmianami, w dobrym idą kierunku, a ja idę sobie razem z nimi. I mam ochotę na długi spacer, iść, iść, ciągle iść- w stronę słońca.
Myślę, że chwila w której zabraknie mi optymizmu będzie moją chwilą ostatnią.
Póki co, na kilka dni przed czterdziestymi drugimi urodzinami jeszcze ciągle chce mi się tego i tego, tego też, mhmmmm.... i teeeego, och i TEGO jak najwięcej, tego, tego, tego i tego!
Miłego dla Was!
:)
Li.

Żmija i siedem dni tygodnia.

8 komentarze
A co na to Lec?
Wszystko mija, nawet najdłuższa żmija.
Mija mnie żmija,
jest wyjątkowo długa, widocznie to nowy gatunek, endemiczny bo we mnie tylko żyjący.
Pełznie przez moje noce i dni, ale ja już nareszcie mam surowicę na jej jad i przestałam bać się nie wiadomo czego i nie wiadomo kogo, bo niedawne odkrycie że najbardziej boję się samego strachu, tej niespersonalizowanej materii oblepiającej rozum, mrożącej myśli i dławiącej logikę uzbroiło mnie w antidotum na jad pełen braku wiary we własne możliwości.
Jest prawie dobrze.
A co na to Lec?
Niektórym wyrastają skrzydła z garbu.
Lokal na firmę już mam, bardzo blisko domu, za dwoma rogami, pięcioma chodnikami i z widokiem, co jakoś ma dla mnie znaczenie, bo czasem muszę stanąć w oknie i popatrzeć w kierunku swoich myśli, z szerokim horyzontem, polem dla wyobraźni i placem manewrowym dla nagłej zmiany planu na życie.
Dobrze, że los zepchnął mnie z wygodnej i nudnej drogi stabilizacji i zasiedzenia.
I choć tłukę się teraz na wybojach i wpadam w dziury boleśnie obijając sobie tyłek, to czuję się jak zdobywca!
Kładę na szalę przemijania moje emocje, rzadkie ostatnio radości, dorzucam wszędobylskiego smutku, kropię zawodowym sukcesem, dosypuję budowlanego piachu i ciągle wychodzi mi ciekawe życie.
A co na to Lec?
Biedny, kto gwiazd nie widzi bez uderzenia w zęby.
Będzie dobrze, nie może przecież być inaczej.
:)
Li.

Spowiedź kobiety ostatnio milczącej.

11 komentarze
Gdy na długo milknie kobieta, której na co dzień nie zamykają się usta od gadania i od śmiechu, gdy traci ochotę na werbalizowanie myśli, gdy nie pisze, nie dzwoni, nie kocha, to znaczy że nie ma czasu!
I nie znaczy to nic innego, a kto sądzi inaczej niech zamilknie na wieki.
W straszliwą ostatnio popadłam zajętość, taką zajętość do granicy wyczerpania od miotania się pomiędzy poszukiwaniem nowego lokalu na firmę, bo nagle urodziła się taka potrzeba, a na poród nie ma przecież innej rady poza jego przyjęciem, a poszukiwaniem grzejników do salonu (chcę takie).
Po drodze muszę pilnować niesfornego elektryka-hazardzistę, dyskutować z Wykonawcą o setkach problemów, bo bezproblemowa do tej pory budowa stała się wielce problemowa, pracować na przedmiot tej dyskusji i robić zielnik dla Starszej, to ostatnie zwłaszcza uważam za rodzinny skandal, powinnam pozwolić na to by za swoją beztroskę moja starsza córka dostała jedynkę, o konieczności zrobienia zielnika na lekcję biologii wiedziała od września.
Tkwiące jednak we mnie litościwe serce matki nie pozwoliło na takie okrucieństwo i czwartkowe popołudnie spędziłam w Ogrodzie Botanicznym zbierając egzotyczne liście, przy temperaturze powietrza bliskiej zeru, co niewątpliwie było bezpośrednią przyczyną mojego kataru.
Wieczór spędzony na prasowaniu liści celem ich błyskawicznego ususzenia był tylko konsekwencją popołudnia, a szóstka jest murowana, szóstka za pracę mamusi... wiem, wiem to moja rodzicielska porażka, ale niech pierwszy rzuci kamieniem ten kto nigdy nie złamał się pod naporem córeczkowej wielce udawanej rozpaczy.
Ech, tyle spraw stanęło mi na głowie, od pięciu lat po kolei z hukiem upadają wszystkie filary podtrzymujące moje życie, bo przecież w drgawkach zdechło moje małżeństwo, doprowadziłam się do bezdomności sprzedając mieszkanie, a teraz straciłam ostatni bastion bezpieczeństwa- lokal w którym miałam firmę, a to wydawało mi się najtrwalszą rzeczą w moim życiu.
No i tak uwięziłam się chwilowo w rozpaczy, szarugi za oknem spotęgowały to przerażające poczucie opuszczenia mnie przez życiowe szczęście, ludzi i boga, porozczulałam się nad swoim losem, a potem i tak doszłam do tego samego wniosku co zwykle- liczyć tylko na siebie i zabierać się do roboty.
A co na to Lec?
Dokąd zmierza życie? Tam gdzie Ty, dopóki idziesz.
Trudno mi się ostatnio żyje, ale przecież nigdy nie dostałam gwarancji, że będzie mi lekko.
Z czystego lenistwa nie chce mi się iść pod górę, ale jak mus to mus!
Li.

Marudzenie jest balsamem dla duszy.

11 komentarze
Szaleństwo wokół mnie zwalczać trzeba szaleństwem i właśnie parę minut temu kupiłam pięć lotniczych biletów do Londynu. Lecimy na dwa tygodnie ferii, pięć kobiet z czego dwie to moje córki-Młodsza za nic nie dała wyeliminować się z tego babskiego wyjazdu, żadna próba przekupstwa nie miała szans przy wizji Big Bena na żywo.
Nosi mnie, oj nosi, dość mam już tych krajowych problemów, przemycę je za granicę i tam porzucę. I kupię sobie COŚ.
Kota z Londynu też jeszcze nie mam...
Bo trochę tego wszystkiego za dużo, do jasnej ciasnej cholery!
Budowa domu na której się nie znam, praca której jest za dużo, elektryk-hazardzista, wymiana opon na zimowe co gwarantuje upały, złodziej w piwnicy, który mógł mnie zabić, dzieci które ciągle coś ode mnie chcą, zmiany mniej lub bardziej pożądane, szukanie kredytu, zgubienie ulubionych korali, szukanie wanny, szukanie schodów, szukanie dziury w całym, o rety jak dobrze, że mam tego bloga, nie ma to jak porządne, długie, jęczące, roztkliwiające się nad sobą, nudne jak programy wyborcze notki.
Od razu lepiej!
A Londyn zimą jest pewnie paskudny, ale co tam- będziemy dobrze się bawić, nie może być inaczej.
Li.

O tym co jest i o tym co będzie.

7 komentarze
Budowa własnego domu jest jednak niezwykle absorbująca.
Absorbuje mnie zwłaszcza przyjmowanie gości, a ilość znajomych pragnących obejrzeć budowę od środka wzrasta lawinowo z każdym tygodniem. A wiadomo, że trzeba wtedy wypić kawę w salonie, pogadać na tarasie, pooglądać zaookienne widoki- i tak przez kilka godzin dziennie. Uwielbiam to!
Teraz ciągle na coś czekamy, 20-go października mają być okna, to pozwoli zakończyć prace elewacyjne, 25-go października zacznie pracę hydraulik, co pozwoli zakończyć prace tynkarskie, itd... Oby tylko do przodu, powtarzam sobie to jak pobożne życzenie.
Skupiam się na budowie, na dzieciach i na pracy, nie mam czasu na nic innego, na pisanie też czasu nie mam, a może tylko nie mam ochoty, zmuszać się nie zamierzam.
Pozamykałam szuflady swojej duszy, nie marzę, nie śnię, tylko realizuję plan.
Gdy wybuduję sobie dom, gdy wejdę do łóżka w swojej sypialni, gdy zrobię zupę z dyni w swojej kuchni, gdy spędzę wieczór w swojej wannie w pachnącej pianie wśród zapalonych świec, gdy nareszcie będę mogła znowu powiększać swoje zbiory szkła, gdy będę mogła powiesić obrazy od ponad dwóch lat uwięzione w kartonach, gdy wydobędę z kartonów książki, gdy poczuję się bezpiecznie, to zacznę na nowo żyć. I niech będzie to kolejny początek starego życia, najważniejsze by był twórczy, by mi się znowu zachciało chcieć dobiec z ciekawością do rogu, za którym jest przecież zawsze kilka nowych kierunków.
Teraz tkwię w chaosie i szukam z niego wyjścia oraz punktów oparcia.
Niewiele ich jest.
Ale szaro za oknem, chyba pomaluję sobie usta na czerwono.
Li.

Wątek kryminalny z dramatem w tle.

11 komentarze
Kłopoty mnie kochają, to fakt notoryjny.
Dziś w nocy wyrwał mnie ze snu jazgot Kary Boskiej, mojego w dzień ukochanego psa, zamieniającego się na noc w szczekającego potwora. W korytarzu na parterze stały płyty gipsowe więc w trosce o ich los wyszłam na klatkę, zapaliłam światło, a pies pognał na podwórko, dalej szczekając. Drzwi do piwnicy były otwarte (no dobra, bałam się, cholernie się bałam), szybko je zamknęłam i zaczepiłam kłódką nie zauważając z tego strachu, że kłódka była przecięta. Płyty stały nietknięte, pies wrócił i patrzył na mnie znacząco, obwąchując drzwi do piwnicy, ale skąd mogłam wiedzieć, że KTOŚ tam może być? Na całe szczęście zresztą tego nie wiedziałam.
Wróciłam do domu, a rano alarm wszczęli robotnicy, okazało się, że drzwi do piwnicy były otwarte, ten KTOŚ od środka musiał podważyć skobel, bo ja go przecież zamknęłam, a piły i inny sprzęt w sumie o wartości czterech tysięcy złotych zniknął. Znaczy się, skok na piwnicę draniowi się udał. Musiał też drań działać w pojedynkę, bo zabrał tyle ile mógł udźwignąć, zostawiając sporo innych wartościowych rzeczy.
Na miejsce zbrodni wrócił dziś inny przestępca, przywleczony siłą przez mojego kolegę Krzysia. Krzyś czuje się paskudnie, bo to on 'dał mi w prezencie" pracę tego elektryka, nie mając pojęcia, że Pan Romek w czasie wolnym od pracy próbuje zdobyć majątek na "na automatach". Ewidentnie uzależniony i skruszony przyznał mi się do grzechu przepuszczenia mojej kasy i w dodatku do wygrania niczego.
Ustaliliśmy, że dajemy mu szansę odpracowania długu, do ręki nie dostanie już żadnych pieniędzy, a materiał na jego pisemne zlecenie kupi mi Krzyś. No cóż, nigdy nikogo nie przekreślam, staram się zrozumieć tego biedaka, w gruncie rzeczy porządnego faceta, uzależnienie w każdej postaci to ludzki dramat, trzeba mieć w sobie wiele siły, by mu sprostać.
A poza tym rozpaczliwie potrzebuję elektryka, a to podobno prawdziwy mistrz, więc jakby łatwiej przyszło mi wybaczenie, choć zaufania do niego już nie odbuduję.
W każdym razie majster ma mieć na niego oko, a cała elektryczna robota ma być zakończona w poniedziałek.
Idę do pracy, z niejaką ulgą, bo może tam znajdę upragniony spokój.
;-)
Li.

Dziennik budowy

5 komentarze
Elektryk uciekł.
Prawdopodobnie poczuł, że musi zmienić swoje życie i zaopatrzony w pieniądze, które dostał na materiały spędza teraz upojny tydzień gdzieś w Nowej Hucie. Na lepsze miejsce by mu nie starczyło. Jego telefon od wczorajszego ranka milczy, w domu są tylko ciemne okna, a na budowie tynkarze rozkładają bezradnie ręce- nie mogą tynkować bez skończenia prac elektrycznych. Nareszcie więc przydarzyło mi się to, przed czym byłam tak często przestrzegana- nie dawać pieniędzy przez robotą i samej kupować materiał. Samej? Materiał? Kable i takie tam? Ja?
Podobno wróci, tacy zawsze wracają. Wróci i wpadnie w moje ręce. Uch! Marny będzie jego los.
Smutna wiadomość to taka, że nie dam rady skończyć wszystkiego w tym roku. Terminy wykonawców w naszym dotkniętym kryzysem kraju są niezwykle odległe, na przykład schody mają mi się urodzić dopiero w lutym. Moja góralska znajoma w niedzielę przysyła mi dwóch prawdziwych górali, co do podobno robią piknie, może im uda się wcześniejszy poród.
Ręce opadają, a wraz z nimi marzenia o Wigilii już u siebie.
Trzeba będzie zacząć marzyć o Wielkanocy :)
Miłego dla Was!
Li.

Czas nas uczy pogody

2 komentarze


Byłam u Ilonki.
Nie jestem w stanie napisać, że byłam na jej grobie.
Po prostu- byłam u Ilonki, pogłaskałam krzyż i powiedziałam cicho:"Cześć stara, tęsknię za Tobą".
Potem była piękna niedziela z odpustem pod pszczyńskim kościele, bo przecież świat jest piękny! I to jest właśnie takie smutne. (Lec)
Ilonka niestety wiedziała, że odchodzi, na trzy dni przed śmiercią w jednej z krótkich chwil świadomości powiedziała do męża i rodziców: "Mamy pecha".
A ja nie mogę uwolnić się od natrętnych myśli o tym co działo się w jej głowie, o tym jaka musiała być zrozpaczona, pełna buntu i niezrozumienia, bo na pewno się na to nie godziła- ona taka walcząca i dzielna.
Bardzo boli mnie jej samotność, pomimo naszej przy niej obecności, w obliczu nieuchronności śmierci każdy jest samotny, na ostatnie dni przed odejściem nie mogła już nic mówić, nie widziała świata, mogła mówić tylko do siebie i patrzeć tylko w głąb siebie...
A co na to Lec?
Najstraszniejsze jest, kiedy jest się samotnym we własnym wnętrzu.
W dziwnym jestem stanie, tak jakby moje życie płynęło dwoma torami.
W jednym bez przeszkód szybko płynę życiem zawodowym i budowlanym, a w drugim siedzę w łodzi na stojącej wodzie, bez wioseł, nie płynę ani w przód, ani w tył, chcę tak sobie trochę postać w miejscu, podumać, pobyć w żałobie, teraz rozumiem jej głęboki sens, żałoba jest konieczna, trzeba ją przeżyć, by potem żyć, by dobić do brzegu i znowu zacząć iść do przodu.
Gdy przyjdzie na to czas.
Miłego dla Was!
Li.

Czas wracać do życia.

6 komentarze
Lekko ostatnio zaniedbana budowa dziś zagrała mi na nosie ścianką działową ślicznie wypadającą na środku drzwi do pokoju Starszej. O rety, ale rano popiekliłam się na majstra Jacka, co za kompletna budowlana bezmyślność, oto są skutki ścisłego trzymania się planu bez używania rozumu. Przecież rzadko zdarza się plan doskonały, a już plany sporządzone przez naszych- pożal się boże- architektów na pewno do takich nie należą i przy ich realizacji ostrożność jest bardzo wskazana.
W związku z opieprzeniem z samego rano jakiegoś mężczyzny humor mam doskonały;-))
Mobilizuję do działania swojego lenia, cały piątek przede mną, a ja lubię piątki za soboty.
Za oknem pada deszcz starego tynku, nareszcie skuwana jest elewacja, kamienica powoli odsłania swoje nagie ceglane wdzięki.
Jesteśmy z L. w konflikcie z urzędem konserwatora zabytków, bo nasza wizja kolorystyczna kamienicy mija się niestety z wizją konserwatora, koszmarną wizją-dla nas nie do przyjęcia.
W związku z powyższym, po ustaleniu co nam grozi za niesubordynację i brak uzgodnienia konserwatorskiego co do koloru elewacji, podjęłyśmy ryzyko kar wszelakich i malujemy kamienicę zgodnie z naszymi marzeniami o kolorze zgaszonej cegły z kremowymi dekorami. Zaproponowany przez konserwatora w postaci próbki na ścianie kolor musztardowy z dodatkiem żółto-zielonkawej oliwki, przypominający jako żywo skutki kociej niestrawności, spowodował u nas tak wielki szok estetyczny, że nasze bezprawne działanie wbrew jego decyzji można podciągnąć pod czyn popełniony pod wpływem afektu z powodu szoku.
Wybronimy się! Wytoczymy estetyczne działa! Ma być pięknie i już.
A co na to Lec?
Bronić sztuki? Nie, zmusić ją do ataku.
;-)
Miłego dla Was!
Li.

Ech...

5 komentarze
Chodzę po świecie z dziurą w sercu. Wkładam w nią moje noce i dni, ale czas nie przynosi mi ukojenia, a palec zatrzymuje się bezradnie nad numerem telefonu ciągle jeszcze nie wykasowanym.
Tęsknię na smutno, bo smutkiem dotknięta jest tęsknota której los zabrał święte prawo do jej zakończenia, do zmiany scenariusza w ostatniej chwili z dramatu na happy end, smutna jest i zmęczona wieczną tułaczką po myślach i w niezaspokojeniu.
Może za tydzień, za miesiąc, za rok, kiedyś tam, z biegiem nocy i dni, coraz starsza -osłabnie, nie będzie już taka natrętna, wtopi się w emocje, wyblaknie...
Ech, na razie daję sobie do niej prawo, w niedzielę jadę do Ilonki, pogadam sobie z nią, pójdę na kawę na pszczyński Rynek z jej Rodzicami, staram się, naprawdę staram znaleźć w tym wszystkim jakiś sens.
Dziś miała być operacja.
Li.

Mój Lwów.

7 komentarze
W tej cerkwi zapaliłam
świece za Ilonkę.



Idąc cmentarną aleją



zobaczyłam Domek Zosieńki





Pod Operą weszłam w tęczę na szczęście


Buty lwowskie w kolorze szalonej śliwki

A te są w kolorze czerwonego wina, mam już całą piwniczkę butów w kolorze wina, nie wiadomo po co, ale mam ;-)


Kolega po fachu ma fajną rączkę na szyldzie. I taką zdecydowaną!


To była sobota, na tej ulicy jest chyba hurtownia nowożeńców, to była dziesiąta para


Może ma to związek z tym, że jest na niej drabina do nieba?


Lwów to Lwów.
Szkoda, że jest granica.
Miłego dla Was!
Li.

Przelotem

2 komentarze
No i zdumiał mnie ten Lwów!
Pękam od wrażeń, muszę dać im ochłonąć, bo jednak emocje wzięły górę- nie da się nie myśleć, że to przepiękne, pełne rozmachu i uroku miasto było kiedyś polskie. Ta polskość wyłazi każdym kątem spod starych tynków polskimi napisami i zaczepianiem w tramwajach przez staruszki Polki słyszące rozmowę po polsku.
Czy Kraków piękniejszy? Na pewno jest inny, dużo niestety skromniejszy, budowany bez tego zachwycającego w architekturze kamienic przepychu.
Hotel George w którym często zatrzymywał się Wańkowicz rozczulił mnie do łez, znowu sobie sięgnę po "Tędy i Owędy".
Cmentarz Łyczakowski poruszył i zasmucił, zachwyciły uliczki, zaułki, kościoły, jedzenie w knajpkach, zakupiona na pchlim targu figurka kota.
A największa niespodzianka, to buty na nogach lwowianek- chodzą w niebotycznie wysokich szpilkach, nie straszny im przedwojenny lwowski bruk, patrzyłam na to z największym podziwem.
We Lwowie są piękne buty, proszę drogich Pań, zakupiłam dwie pary, nie sposób było się oprzeć, cóż począć. :)
Zdjęcia i reszta wrażeń potem, może nawet dziś wieczorem, teraz już biegnę na budowę, umieram z ciekawości co tam się podczas mojej nieobecności zmieniło.
Potem wypada zająć się trochę pracą, niestety...
Miłego dnia!
Li.

No to jadę.

5 komentarze
Czasy się zmieniają, córki dorastają i zaczynają dawać matce kieszonkowe:
Wczoraj Starsza z ważną miną wręczyła mi kopertę z napisem"" Mama -na Lwów", a w środku było 150 euro i 280 hrywien. Naprawdę byłam pod wrażeniem, bo dziecko z chęci pozbycia się mnie na weekend posunęło się nawet do wizyty w kantorze i wymiany drobnych euro na hrywny, hehe... O wzmiance na kopercie napisanej drukowanymi literami "Hrywny- waluta na Ukrainie" nawet nie wspomnę...
150 Euro to miła niespodzianka pozostałości po wyjazdach, Starsza jako rodzinny, wyjazdowy bankier skrzętnie je chowała i oto są! Na drobne przyjemności!
Za hotel i utrzymanie nie płacę, mogę szastać forsą do pustki w porfelu.
Rany boskie malarstwo włoskie, jak to możliwe że mam już taką dużą córkę?
I jednak nieśmiało, trochę z nieuzasadnionym poczuciem winy, a jednak, jednak cieszę się na ten Lwów!
Li.

Jakoś tak- nijak.

6 komentarze
Bujam się na koleinach życia, a od tego bujania boli mnie głowa.
W celach więc samoratunkowych przyjęłam pewną kuszącą propozycję i od czwartku do niedzieli bujać się będę we Lwowie.
Jadę sprawdzić co tam Panie słychać za wschodnią granicą. I podobno pójdę do lwowskiej opery.
Zostawiam moje dziewczyny wcale faktem mojego wyjazdu nie zmartwione. Starsza planuje "bewu", czyli babski wieczór, a Młodszej szykuje się "wuzetbe", czyli wieczór z babcią. Pani Ewa zaklepana, zakupy zrobi się jutro, chyba się cieszę..., tak-cieszę się!
I popatrzę sobie na inne niebo, to zawsze mnie koi. Może nawet znajdę jakiegoś lwowskiego kota do mojej kolekcji kocich figurek?
No i ten Lwów, ufff!
Li.

Słowo na poniedziałek.

5 komentarze
Brakuje mi słów, by opisać uroczystość kremacji i pogrzebu.
Serce rwało się na kawałki, a oczom brakowało łez.
Pomilczę więc sobie trochę, bo to jest taki smutek małomówny, smutek który nie potrzebuje słów i publiki, musi się wysmucić sam, musi sam ułożyć się wygodnie do wiecznego snu.
Dziś świeci słońce zapowiadając piękną jesień.
Miłego dnia Wam wszystkim
Li.

Prepiątkowo.

14 komentarze
Nie będę lubiła tego tygodnia, w moich wspomnieniach niech się zamaże i nigdy później do mnie nie wraca. Ból głowy, ból serca, ból myśli, miotam się między granicami rozpiętych emocji, sama już nie wiem, co mi może przynieść ukojenie.
Sen odszedł ode mnie i nie chce wrócić, bezsenność igra sobie ze mną co noc, a podkrążone oczy nie dają się mocy najlepszego korektora.
Tkwię po uszy w nieszczęśliwości i niech sobie tam zostanę, dopóki sama nie wyciagnę się za uszy i nie trzasnę za sobą drzwiami z napisem "Powrotu nie ma".
Potem pogadam z Ilonką, pożegnam się z nią na chwilę zwaną życiem i będę znowu iść do przodu, bo dopóki idę to żyję.
Przede mną problemy do pokonania i zadania do wykonania.
Nie wiem co się zmieni, nie znam swojej przyszłości, nie sądzę jednak by odejście Ilonki zmieniło moje życie. Będzie w nim tylko występować stały brak jednego jego elementu, unikatu nie do podrobienia, bo egzemplarz made in Ilonka był tylko jeden.
Li.


Samo(po)czucie.

13 komentarze
Czuję się jak pusta butelka. Mam kształt, ale nie mam środka.
Jestem bardzo zmęczona, a szukanie przyjemniejszych pól myślowej eksploracji z góry skazane jest na niepowodzenie.
Budowa- ble, ble... dach- ble, ble..., elektryk- ble, ble...
Dominuje jeden Ilonkowy temat i wszystkie tej dominacji konsekwencje.
Niby jest normalnie- żyję, pracuję, buduję dom, spotykam się z ludźmi, śmieję się jak zawsze często, bo okazji do śmiechu nigdy mi nie brakuje, zaprzątają mi głowę dzieci, ich zajęcia szkolne i pozaszkolne, wymiana klocków hamulcowych i wybór drzewa na podłogę, a jednak jest inaczej- nagle wpadła mi w życie wielka okazja, taka której nie da się przepuścić, to okazja do płaczu w pełnej rozpiętości od łez zaledwie szklących oko do płynących strumyczków rujnujących makijaż... to okazja z samego nieba, bo przecież nie żaden inny, a tylko boski wyrok skazał Ilonkę na los w postaci braku dalszego losu.
Niby jest normalnie, a jednak dzień siekany jest telefonami, pytaniami, dotykaniami w samą ranę, współczuciem, żalem i straszną, nie do objęcia rozumem rozpaczą Rodziców Ilony.
Niby jest normalnie, a jednak w piątek będę na Jej pogrzebie.
Zgodnie z życzeniem mojego brata i Rodziców Ilonki ceremonia ma mieć ściśle prywatny i rodzinny charakter.
Nie chcę się zastanawiać nad tym, czy to dobrze, czy to źle.
Na Jej ślubie było ponad dwieście osób, na pogrzeb przyszłoby pewnie tyle samo.
I ślub i pogrzeb jest dla żywych, między gratulacjami a kondolencjami jest jednak zasadnicza różnica.
Myślę, że mój brat zwyczajnie już nie ma na to siły.
Li.